Historia w kliszy zamknięta
2010-03-31 16:24:17

Kiedy w 1994 r. delegacja krakowskiej Rady Miasta (…) gościła w Watykanie, Ojciec Święty ze wzruszeniem oglądał swoją fotografię, po czym z charakterystycznym dla siebie humorem powiedział: „jaki byłem, a co wyście ze mnie zrobili”.
Można postawić tezę, że tym, czym dla Warszawy i częściowo Zakopanego była w dwudziestoleciu międzywojennym sławna firma portretowa Witkacego, tym dla Krakowa jest od niemal 70 lat Dom Fotografii rodziny Bielców. Urodzony w 1902 r. w Dynowie Paweł Bielec od wczesnej młodości interesował się fotografią, która uważana była wówczas za zajęcie ekstrawaganckie i elitarne. Wraz z kolegą założył w 1926 r. we Lwowie firmę fotograficzną, która prosperowała przez kolejnych 10 lat. W 1938 r. przeniósł się do Krakowa i otworzył zakład w kamienicy przy ul. Karmelickiej. Kierując się zasadą zdrowej konkurencji, nie chciał bowiem odbierać klientów renomowanym zakładom krakowskim usytuowanym w Rynku Głównym. Od roku 1994 firma mieści się przy placu Inwalidów, w granicach Dzielnicy V-Krowodrzy.
W czasie okupacji Paweł Bielec poznał Marię, uciekinierkę z Bydgoszczy, z którą ożenił się w 1940 roku. Pani Maria podjęła pracę w zakładzie jako specjalistka od retuszu. Pochodziła z rodziny fotografów. Jej ojciec, Paulo Wincenty Michnowski, prezes toruńskiego Cechu Fotografów miał jeszcze pod koniec XIX wieku firmę w Brodnicy, później w Toruniu i Bydgoszczy, gdzie otworzył zakłady również dwóm swoim córkom i synowi. Po wybuchu wojny uciekał wraz z rodziną najpierw przed Niemcami na wschód, a potem przed Sowietami. W ten sposób dotarł do Krakowa, gdzie wkrótce otworzył kolejny zakład.
Małżeństwo Marii i Pawła, stanowiło więc początek historii najsłynniejszej krakowskiej rodziny fotografów. Powstawała i rosła legenda firmy „Foto-Bielec”, w której mistrz Paweł „zdejmował” na swoich kliszach sławnych aktorów, artystów, urzędników. Przez całe życie był wierny celuloidowemu językowi sztuki. Od momentu, kiedy zaczął się uczyć fotografii we lwowskiej pracowni mistrza Cupaka, przez 80 lat nie zdradził i nie porzucił miłości do fotografii. Jako absolwent ASP zajmował się też malarstwem, które określał jako przeżycie duchowe, podczas gdy fotografię traktował jako sposób zarabiania pieniędzy. W malarstwie Bielca fachowcy doszukują się pokrewieństwa z ekspresjonistami, kolorystami, utożsamiają je z klasycznym pojmowaniem charakteru sztuki.
Po wojnie Paweł Bielec nigdy nie zgodził się na upaństwowienie zakładu. Kiedy przychodziła kolejna komisja, by go do tego nakłonić, miał argumentować swoje stanowisko w następujący sposób: „Nie chcę szkodzić socjalistycznemu państwu. Przecież w zakładzie państwowym muszą być zatrudnieni: dyrektor administracyjny, kierownik, operator, asystent, sekretarka, sprzątaczka. A ja to wszystko robię sam.” Po kilku nieudanych próbach wreszcie dano mu spokój, nakładając jednak olbrzymi domiar podatkowy.
Jednym z pierwszych klientów krakowskiego zakładu, jeszcze w 1938 r., był 18-letni wówczas Karol Wojtyła. - Zdjęcie przyszłego papieża obiegło cały świat - opowiada pani Barbara, córka Marii i Pawła, aktualnie kierująca zakładem. Kiedy w 1994 r. delegacja krakowskiej Rady Miasta z prezydentem Lassotą na czele gościła w Watykanie, Ojciec Święty ze wzruszeniem oglądał swoją młodzieńczą fotografię, po czym z charakterystycznym dla siebie humorem powiedział: „Jaki byłem , a co wyście ze mnie zrobili”. Po czym, ku wielkiemu zaskoczeniu zebranych, dodał: „Pamiętam zakład przy Karmelickiej. Wchodziło się do góry po schodach... Fotografował mnie pan z czarnymi wąsami”.
Pani Barbara, z zawodu architekt uważa, że takie wykształcenie jednocześnie pomaga i przeszkadza. - Na uczelni mieliśmy 6 lat twardego rysunku. Wiem zatem, co należy w twarzy podkreślić, a co ukryć. Posiadam umiejętność obserwacji. Uważam, że naprawdę dobre zdjęcie portretowe, potrafi wykonać osoba umiejąca rysować. Zrobienie fotografii jest bardzo czasochłonne. Mam taką metodę, że sadzam klienta na krześle i zaczynam z nim rozmawiać po to, żeby obserwować go i przygotować optymalne oświetlenie. Każdą buzię oświetlam bowiem indywidualnie. Ojciec przekazał mi trzy podstawowe prawdy dotyczące zawodu: po pierwsze traktować każde zdjęcie indywidualnie, po drugie dawać upusty osobom starszym i ubogim, po trzecie klient nasz pan. Przyznam się, że do tej trzeciej zasady nie zawsze się stosuję. Niektórzy ludzie nie akceptują siebie samych, nie zdają sobie sprawy z upływu czasu, chcieliby wyglądać tak samo jak np. 20 lat temu.
W atelier Bielców, obok wykorzystania narzędzi współczesnych, nadal robi się zdjęcia tą samą techniką, którą stosowano na początku istnienia fotografii. Wykorzystywane są błony formatu 13x18 cm, z których metodą stykową wykonuje się odbitki. Jak twierdzi pani Barbara, fotografia czarno-biała jest nie tylko ciekawsza od kolorowej, ale także daje fotografującemu większe pole do działania. Poprzez kontrast między czernią i bielą, grę światłem, zwiększa percepcję odbioru. Stanowi dla fotografa zawodowe wyzwanie, końcowy efekt ma zabarwienie bardziej osobiste i indywidualne, przez co jego oglądanie dostarcza konkretnych emocji.
Co daje mi fotografowanie..? - zastanawia się pani Barbara. - Cieszy mnie, że mogę zrobić dobre zdjęcie, choć przyznaję, że te, które przynoszą mi prawdziwą satysfakcję - są rzadkością. Martwi mnie fakt, że fotografie robione szybko, nieraz na poczekaniu, są traktowane finansowo tak samo jak nasze, które powinny zaliczać się do innej, artystycznej kategorii. Jak na całym świecie... W Londynie sesja zdjęciowa w profesjonalnym zakładzie kosztuje 1200 funtów, u nas 400-500 złotych. Inna sprawa to przeznaczenie niektórych zdjęć. Mam świadomość, że jeśli ktoś potrzebuje fotografię do C.V. zakłada, iż jego wygląd będzie decydujący o przyjęciu do pracy. To smutne i chore. Trzeba też pamiętać, że inne zdjęcie „przystoi” absolwentowi uczelni artystycznej czy humaniście, a inne np. informatykowi. Dom Fotografii Bielec odwiedza już czwarte pokolenie klientów. Nikt nie przychodzi tu raczej przypadkowo. Fama o wysokiej klasie wykonywanych fotografii od wielu lat krąży po Krakowie. Od początku istnienia zakładu skatalogowano w nim ponad milion zdjęć.
- Nasza rodzina to faktycznie klan fotografów - mówi pani Barbara. - Mój brat Władysław robił zdjęcia reportażowe do „Studenta” i „ITD”, potem pracował w „Gazecie Wyborczej”. Jego córka, Kasia studiuje dziennikarstwo i zajmuje się fotografią. Moja córka, również Kasia kończy niedługo ASP i robi świetne zdjęcia. Niedawno przyznano jej stypendium Fundacji imienia Szancenbacha. Piotr, mój syn, do końca szkoły średniej pobierał stypendium dla dzieci szczególnie uzdolnionych plastycznie. Rysuje i fotografuje. A mimo to kiepsko widzę przyszłość naszej firmy. Mój tata pracował kilkanaście godzin na dobę. Ja w tej chwili - podobnie. Nie wiem, czy dzieci będą zainteresowane kontynuacją tradycji rodzinnej. Nie chciałabym, aby musiały tak ciężko pracować.


