Powrót

  Pytanie o człowieczeństwo

2010-03-27 17:27:11

Poleć znajomemu   |   Wersja do druku

Twoje imię i nazwisko:
Twój adres e-mail:
E-mail odbiorcy:

Kiedy usłyszałem w słuchawce jego głos, doznałem niesamowitego wzruszenia. Nasza rozmowa trwała ponad godzinę… wspomina Michał Skrobacz.

Historia jak z sensacyjnego filmu, niemniej w pełni prawdziwa i co ważne, zwieńczona happy endem. Oto dwóch ludzi, połączonych splotem zdarzeń czasu hitlerowskiej okupacji, spotkało się po ponad 60 latach. Dwa życiorysy przenikające się w dwóch różnych okresach, dające świadectwo odwagi i prawdy, stojące niejako w opozycji do napisanych w tonie oskarżycielskim książek „Sąsiedzi”, czy „Strach” Jana Tomasza Grossa, lub licznych, literackich konfabulacji Jerzego Kosińskiego na kartach „Malowanego ptaka” i „Kroków”. - Mój dziadek Kazimierz w latach 1920-29 prowadził w Krzemienicy(miejscowość nieopodal Łańcuta, woj. Podkarpackie – przyp. autora)sklep spożywczy. Potem przekazał go ojcu. Jednocześnie, tata „przejął” też wszystkich dostawców, którymi w owym czasie byli wyłącznie Żydzi, w tym Benciona Dörflera – wspomina 79-letni Michał Skrobacz, dziś mieszkaniec Krowodrzy. - Jako kilkuletni chłopiec, jeżdżąc z ojcem po towar, poznałem więc rodzinę Dörflerów. Dowiedziałem się, że jeden z ich synów, Hersz – zgodnie z niepisanym w żydowskich familiach zwyczajem – wyemigrował do Palestyny. Był to wujek Abrahama Segala. Dwaj inni jego wujkowie – Jakub i Leon przyjeżdżali często do moich rodziców na rowerach. W 1942 r. Leon z 12-letnim chłopcem Abrahamem, pojawił się w naszym domu. Wiedziałem wówczas tylko tyle, że jest to wnuk Benciona Dörflera. Leon poprosił mojego ojca, żeby przechować chłopca pod naszym dachem. Tak też się stało i Romek Kaliszewski, bo takie imię i nazwisko przyjął dla bezpieczeństwa Abraham Segal, przez jakiś czas przebywał w naszym domu.

     W tym czasie Perla Segal, matka Abrahama vel Romana (siostra Jakuba i Leona) przebywała w Łańcucie, natomiast ojciec Ozjasz Segal był zatrudniony przy ściąganiu kontyngentów w Brzeżanach (woj. tarnopolskie). Wkrótce dołączyła do niego reszta rodziny, w tym też i Romek. W 1943 r. było tam już getto i Segalowie postanowili je nielegalnie opuścić. Roman podczas ucieczki miał przy sobie neseser ze srebrnymi sztućcami. To go uratowało, gdyż ścigający go Ukrainiec w służbie gestapo, połakomił się na pogubione w pośpiechu przedmioty. Roman zaś znalazł nocleg u innego, zaprzyjaźnionego z rodziną Ukraińca. 
     Na drugi dzień pociągiem przyjechał do Łańcuta. Tu jednak nie było już nikogo z rodziny. Wujka Jakuba zastrzelił gestapowiec Josef Kokott, a wujek Leon trafił do obozu w Mielcu. 13-letni chłopiec został zupełnie sam. Skierował więc swe kroki w jedyne znane mu miejsce – do domu Anny i Antoniego Skrobaczów, rodziców pana Michała, mieszkających w Krzemienicy. - Romek przebywał u nas kilka tygodni, mieszkał na poddaszu. Mój ojciec uczył go katolickich modlitw, żeby w razie czego mógł ukryć swoje pochodzenie – snuje opowieść Michał Skrobacz. – Potem tata załatwił mu przenosiny przez Soninę do Markowej(miejscowość niedaleko Łańcuta, woj. Podkarpackie – przyp. autora), gdzie Romek zamieszkał u Heleny i Jana Cwynarów. Przebywał tam ponad rok. 

     W tym czasie, 24 marca 1944 r. wydarzyła się w Markowej tragedia Ulmów. Józef Ulma, jego dziewięcioosobowa rodzina: żona w dziewiątym miesiącu ciąży i sześcioro dzieci oraz ośmioro ukrywanych przez nich Żydów, zostało rozstrzelanych przez Niemców. Podzielili los wielu spośród tych, którzy nie wahali udzielić schronienia osobom pochodzenia żydowskiego (około 6500 Polaków zostało uhonorowanych przez Instytut Yad Vashem odznaczeniem „Sprawiedliwy wśród narodów świata” ).

     Kiedy sowieci wkroczyli pod koniec lipca 1944 r. do Markowej, Romek jeszcze tam mieszkał. - Na przełomie sierpnia i września wnuk Dörflera ponownie zjawił się u nas w domu. Tym razem po to, żeby się pożegnać. Dowiedział się mianowicie, że z czeskiej Pragi można dostać się do Palestyny, gdzie – jak pamiętałem – miał jedynego żyjącego wujka. Wtedy - jak sądziłem przez następne 60 lat - widziałem go po raz ostatni. 
     W stalinowskiej opresji Pan Michał, jak wielu innych młodych ludzi, nie chcąc podporządkować się nowym, komunistycznym porządkom, postanowił przeciwstawić się ludowej władzy. Przypłacił to więzieniem, skazany za „działalność wywrotową”. - Po wojnie należałem do działającej w okolicach Rudnika nad Sanem i Rozwadowa, Młodzieżowej Niepodległościowej Organizacji „Orlęta”, zrzeszającej uczniów szkół średnich – wspomina. Jej „filia” powstała także w Łańcucie, w Gimnazjum i Liceum im. Sienkiewicza oraz w Technikum Mechanizacji Rolnictwa i Liceum ss. Boromeuszek. Kolportowaliśmy ulotki, wydawaliśmy regularnie pismo „Pobudka”, mieliśmy też broń. Wysyłaliśmy listy z pogróżkami do działaczy PPR i ZWM, ściągaliśmy flagi wywieszane na 1 maja. W 1949 r. zaczęły się aresztowania, ponieważ jeden z nas okazał się agentem UB. Inny kolega został śmiertelnie postrzelony, ja otrzymałem – wyrokiem Sądu Wojskowego – dwa i pół roku. To były procesy pokazowe. Czerwoni myśleli, że ludność miejscowa będzie w nas rzucać kamieniami. Byli wyraźnie zawiedzeni, nie wzięli jednak pod uwagę świadomości społecznej. Większość ludzi na terenach wschodnich dobrze wiedziała czym jest sowietyzm, a wychowana w kulcie patriotyzmu i marszałka Piłsudskiego, z niechęcią odnosiła się do komunistycznej władzy. Odsiedziałem wyrok kolejno w więzieniach w Łańcucie, Rzeszowie, Przemyślu i Rawiczu. 
     Romek Kaliszewski wraz z oddziałami Armii Czerwonej przez Słowację, dotarł do Pragi. Przez pewien czas był najmłodszym żołnierzem armii generała Ludwika Svobody. Kolejny rok spędził w sierocińcu dla dzieci żydowskich. W kwietniu 1946 r., po otrzymaniu zaproszenia od wujka, Abraham Segal znalazł się w Palestynie. - W latach 1946-47 mój ojciec próbował szukać Romka przez Czerwony Krzyż, jednak bez skutku – opowiada Michał Skrobacz. - Mijały lata. W 1991 r. zdecydowałem się napisać do ambasady Izraela w Warszawie. Polecono mi zwrócić się do izraelskiego Biura Poszukiwań Zaginionych. Niestety, nie został przez nich odnaleziony. Próbowałem też szukać Romka przez innych znajomych Żydów – bez rezultatu. Dopiero w styczniu 2005 r. nastąpił przełom. W krakowskiej telewizji obejrzałem program z udziałem Mateusza Szpytmy, historyka z Instytutu Pamięci Narodowej, poświęcony tragedii rodziny Ulmów i Żydów zamordowanych w Markowej. Kilka dni wcześniej odwiedziłem IPN jako więzień okresu stalinowskiego, celem poszukiwania swojej teczki z tamtego okresu. Następnego dnia po emisji programu zjawiłem się ponownie w IPN. Spotkałem się z Mateuszem i okazało się, że chodziliśmy do tego samego Gimnazjum i Liceum imienia Sienkiewicza w Łańcucie. Opowiedziałem mu też o Romku. I tu nastąpiła rzecz niesłychana. Okazało się, że Mateusz go zna! Nie mogłem uwierzyć! Minęło przecież tyle lat. Natychmiast wysłaliśmy faks do Izraela, ale Romek nie odpowiedział (przebywał akurat poza domem). Za to, na drugi dzień zadzwonił do mnie, do domu. Kiedy usłyszałem w słuchawce jego głos, doznałem niesamowitego wzruszenia. Pierwsza po latach rozmowa, trwała ponad godzinę... 

     Michał Skrobacz i Abraham Segal nawiązali intensywny kontakt telefoniczny i listowny. W czerwcu 2006 r. pan Michał – jak sam podkreśla, dzięki wydatnej pomocy Prezesa IPN Janusza Kurtyki i Mateusza Szpytmy – wraz z oficjalną delegacją Instytutu udał się do Izraela. 20 czerwca, po 61 latach, w jednym z hoteli w Jerozolimie doszło do spotkania. Gdy po zwiedzeniu Instytutu Yad Vashem, wizycie w Bazylice Grobu Pańskiego, na Uniwersytecie Hebrajskim i na Starym Mieście, delegacja odleciała do kraju, pan Michał został jeszcze tydzień u swego, świeżo odnalezionego przyjaciela, mieszkającego niedaleko Hajfy. Poznał całą jego rodzinę. 

     Rok później, w czerwcu 2007 r. Abraham Segal wraz z żoną i trzema kuzynkami – córkami wujka Hersza przybył z rewizytą do Krakowa. - Przyjechali w czerwcu, kiedy świętowaliśmy 750-lecie lokacji miasta, mogli więc wiele zobaczyć, uczestniczyć w różnych imprezach – kontynuuje pan Michał. – Zabrałem też kuzynki Romka szlakiem życia ich mamy: Radomyśl Wielki, Dąbrowa Tarnowska i Kraków. W Markowej, spotkaliśmy się z Czesławą Cwynar, córką Heleny i Jana, u których Romek mieszkał w czasie okupacji. Byliśmy również zaproszeni przez Jego Ekscelencję ks. arcybiskupa Józefa Michalika na obiad do Kurii w Przemyślu. Trzeba podkreślić, że przyjął nas z wielką życzliwością. Między ks. arcybiskupem i Romkiem zawiązała się nić przyjaźni. 

     Władze Krakowa oraz rzeszowski oddział IPN, zorganizowały w styczniu 2008 r. na płycie Rynku Głównego w Krakowie wystawę „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Pomoc Polaków dla ludności żydowskiej w Małopolsce w latach 1939-1945”, prezentowanej w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Mateusz Szpytma zebrał unikalne fotografie z Markowej, których sporą część wykonał przed i w czasie wojny Józef Ulma. Jednym z inicjatorów zorganizowania ekspozycji był senator Paweł Klimowicz. On też był projektodawcą uchwały RMK, na mocy której, dzień 27 stycznia został uznany Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holocaustu. – Kiedy myślę o tamtych czasach, stawiam sobie pytanie, czy nie zabrakłoby mi odwagi, aby zachować się podobnie jak rodziny Ulmów, Cwynarów, Skrobaczów; jak wszystkie osoby duchowne i świeckie, które ukrywały podczas wojny ludność pochodzenia żydowskiego. To jest pytanie o człowieczeństwo. 
     Uroczystość, która odbyła się po wernisażu wystawy w Urzędzie Miasta Krakowa, stała się okazją do ponownego spotkania obu przyjaciół, którzy mogli opowiedzieć szerokiemu gremium o niesamowitych dziejach swojej znajomości. Znajomości, będącej ważnym elementem odkłamywania historii.

Wersja do druku

Powrót